Żelazna wojna – wróg u bram

O czym jest ta książka?

Lowa chyba nie spodziewała się, że kiedy już zostanie królową na Maidun będzie miała aż tyle pracy. Wszyscy okoliczni sąsiedzi uważają jej królestwo za smaczny kąsek, który niemalże sam wpadnie w ich ręce. Jako pierwsi w kolejce ustawiają się Dumnończycy, jednak już po chwili ich światłe plany legły w gruzach, a oni sami stracili wszystkie zęby. Jednak to akurat był najmniejszy problem Maidun. Wokół Lowy i jej poddanych zaciska się coraz bardziej krąg układów i układzików. Każdy liczy na to, że to jego będzie na wierchu, bez względu na cenę. Zaślepieni własną chciwością dumni, czy też raczej durni, przywódcy poszczególnych brytyjskich plemion nie widzą, że sami zastawiają na siebie pułapkę, z której nie ma wyjścia. A Juliusz Cezar wraz ze swym niepokonanym wojskiem jest coraz bliżej. I nie będzie miał litości. Dla nikogo.

Do części pierwszej tej trylogii, „Czasu żelaza”, podchodziłam z pewną rezerwą, która to rozwiała się dość szybko. Powieść zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że z niecierpliwością wypatrywałam kontynuacji. Co oczywiste, wiązałam z drugą częścią dość duże nadzieje na to, że dostarczy mi równie wiele satysfakcji, co część pierwsza. I oto w końcu stało się. Nadszedł czas premiery, w związku z czym miałam okazję zapoznać się z tak upragnioną przeze mnie kontynuacją. I, muszę to powiedzieć, nie zawiodłam się na niej ani trochę. Już pierwsza część niewątpliwie zasługiwała na uwagę czytelnika. W kontynuacji autor postarał się zachować klimat czasów i wysoki poziom powieści i udało mu się to idealnie, moim zdaniem. Mamy tu zarówno epickie bitwy, jak i element romansu, choć wpleciony w opowieść w nienachalny sposób. Są także wielkie problemy do rozwiązania i mężni bohaterowie, którzy próbują ratować co się da. Czego można chcieć więcej? To książka napisana z na prawdę wielkim rozmachem. Świetna kontynuacja, która pokazuje nam ze szczegółami, jak dalej potoczyły się losy postaci, które poznaliśmy w części pierwszej i jednocześnie otwiera furtkę do zakończenia tej opowieści. Jest nie lada sztuką stworzyć taki łącznik pomiędzy dwiema częściami, ale w tym wypadku autorowi udało się to znakomicie. Bez zbędnej dramaturgii, która nieraz zostawia nas na zakończenie z milionem pytań bez odpowiedzi. A jednocześnie wprowadza przedsmak ciekawego zakończenia. Idealnie wyważone.

Niewątpliwie największym atutem książki są bohaterowie. Autor postarał się skonstruować ich w taki sposób, że po prostu nie da się przejść obok nich obojętnie. Nawet Ragnall Owczy Król, którego nie da się lubić, a ja sama nieraz mogłabym go udusić gołymi rękami(gdyby istniał oczywiście, wzbudza emocje. Jak widać. Nie trzeba ich lubić, wystarczy, że czytelnik nie potrafi nie zareagować na to co mówią czy jak postępują postaci w powieści. I dzięki temu czytanie „Żelaznej wojny” sprawia tyle przyjemności. Mamy wrażenie, że gdybyśmy tylko chcieli, moglibyśmy zintegrować się z postaciami przedstawionymi w powieści. Nie ma znaczenia, czy chcemy ich pobić czy pogratulować im sprytu. Odnoszę wrażenie, że autor doskonale zdaje sobie z tego sprawę i świetnie mu wychodzi to manipulowanie uczuciami odbiorcy. Ja tam mu to wybaczam, bo książkę czyta się na prawdę świetnie. Lektura ani nie nudzi, ani się nie dłuży nawet pomimo znacznej przecież obszerności książki. Przyprawione szczyptą inteligentnego humoru toczące się wartko przygody naszych ulubionych (bądź trochę mniej) bohaterów to iście królewskie danie dla każdego amatora dobrej fantastyki.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że literatura w typie tej właśnie trylogii, zaczyna mnie powoli nudzić. Te wszystkie męczące opisy epickich bitew, które i tak zawsze wyglądają tak samo to nie dla mnie. Było to chyba przy okazji książek pani Canavan, której dwie serie dosłownie pochłonęłam, by stwierdzić po niewczasie, że jednak to nie to. Skąd więc ten zachwyt nad twórczością Angusa Watsona? Ano stąd, że to zupełnie inna klasa literatury. Tutaj nawet opisy bitew są ciekawe. Bohaterzy nie są natomiast bufonami, który uważają się za ósmy cud świata. Jest po prostu i po ludzku. Jednym słowem: ciekawiej. Zaś świat przedstawiony jest tą samą Ziemią, na której my żyjemy dzisiaj. Bez żadnych upiększeń, zmian i niepotrzebnych udziwnień. To też jest plus, że dostajemy do ręki książkę, rozgrywającą się w jakichś zamierzchłych czasach wśród barbarzyńców, o których zbyt wiele się nie mówi na lekcjach historii. To jest zdecydowanie coś nowego. Coś innego, co sprawia, że chce się to czytać. Tym bardziej, że autor nie bawi się w stylizowanie języka tak, by odpowiadał czasom, w których rozgrywa się akcja opowieści. Bo i po co? Zdecydowanie, jest dobrze tak, jak jest. Cóż więcej można o tej książce powiedzieć? Chyba tylko bierzcie i czytajcie, bo na prawdę warto.

Dodaj komentarz