Ziemia niczyja – przekleństwo i błogosławieństwo

O czym jest ta książka?

Michaił Siergiejew i jego towarzysz niedoli, Milczek, to już stali rezydenci strefy wspólnych wpływów, bądź też, jeśli ktoś woli, ziemi niczyjej. Stała się ona dla nich domem, jedynym, jaki jeszcze im pozostał. Z pozoru mogłoby się wydawać, że wędrują nieco bezcelowo, jednak szybko przekonujemy się, że spotkanie z tajemniczym Ali-Babą nie będzie zwykłą dżentelmeńską herbatką, podczas której siedzi się z kumplami i wspomina dobre czasy. Tak jest w tym życiu. Jednocześnie Siergiejew wspominając niejako opowiada swoje dawne dzieje. Z poprzedniego życia, sprzed Fali. To opowieść o kobiecie, którą kochał i starym przyjacielu, którego spotyka po latach. A także o tym, kim był on sam w tym poprzednim wcieleniu. Dawno i niedawno jednocześnie.

Ziemia niczyja. Tak nazywają ją mieszkańcy, choć oficjalna nazwa to strefa wspólnych wpływów. Bo tak ładniej, bardziej elegancko. No i podkreśla się tym fakt, że to wspólny problem, nasz i wasz. A skoro wspólny, to niczyj. Więc nie trzeba się martwić ani brać za nic odpowiedzialności. Bo przecież ta druga strona też mogła coś zrobić. To tak stereotypowe, że aż banalne. To dążenie władzy do tego, aby czerpać korzyści przy minimalnym wkładzie własnym. A możliwości jakie stwarza Strefa pominąć się po prostu nie da. Kto nie chciałby mieć darmowego więzienia? Pasa ziemi oddzielającego go od sąsiadów otoczonego drutem kolczastym i pilnowanego przez żołnierzy? To jak kura znosząca złote jajka. Takiej okazji po prostu nie można wypuścić z rąk. Dla władz, pozostających poza granicami Strefy, jest ona po prostu okazją do zrobienia świetnego interesu. Dla innych ta zniszczona przez Falę, radioaktywna ziemia to dom. Ojczyzna. Ziemia obiecana. Najlepsze miejsce na świecie, choć tak trudno w nim żyć. Jednym z takich ludzi jest nasz bohater Michaił Siergiejew. Choć zarówno on, jak i jego towarzysz, Milczek, mogliby bez problemu udać się w dowolne miejsce na świecie, by tam zacząć nowe życie, wciąż pozostają w Strefie, w swojej poranionej i niebezpiecznej ojczyźnie.

Autor snując swoją opowieść od pierwszej strony chwyta czytelnika za gardło. I nie wypuszcza aż do końca. Bez bawienia się w powolne budowanie napięcia, akcja dzieje się szybko i nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Ten, kto się zawaha zginie szybciej, niż zdąży o tym pomyśleć. Michaił wie o tym doskonale, szkolił się w najlepszych rosyjskich specsłużbach. Kiedyś, dawno temu. W innym życiu. We wspomnieniach wraca do niego, do tego czasu, kiedy jeszcze nic nawet nie zapowiadało tej katastrofy, która odmieniła jego losy. W pewnym sensie wszystko to, co działo się przed nią, w jakiś sposób wpłynęło na to, że znalazł się w miejscu, w którym jest dziś. I nadal determinuje jego poczynania, poprzez emocje, jakie odczuwa w związku z przeszłym życiem. Tym, które zostało ukształtowane przez mistrzów w swoim fachu, aby służyło aparatowi władzy. Kto wie, może gdyby nie przeprowadzka do Kijowa po zakończonej służbie, gdyby nie spotkanie z Wiką Płotnikową i byłym szkolnym kolegą, a obecnym wziętym politykiem Wową „Plackiem” nic by się w jego postrzeganiu świata nie zmieniło. Może. Aż dziw, że tak wiele w naszym życiu zależy od przypadku. W życiu nas, którzy uważamy się za panów świata i własnej wolnej woli. Tak czy inaczej, stało się. I trzeba żyć z tym dalej. Jak? To już osobne pytanie.

Dla mnie książka jest świetna przede wszystkim ze względu na klimat. Zawsze uważałam, że najlepsze książki, w których opisywani są nasi wschodni sąsiedzi, to te, które wyszły spod pióra tamtejszych autorów. Może to moja słowiańska, kazachsko-białoruska, dusza przemawia za nimi, jednak kiedy ktoś „obcy” bierze się za te tematy to już nie to samo. Jak dla mnie takie książki są mdłe, bez fantazji, a przede wszystkim bez zrozumienia tematu. Tutaj żadne studia ani lata obserwacji nie pomogą. Po prostu trzeba się takim urodzić. Dlatego też cieszę się, że autor nie poszedł w klasyczne postapo, że w opowieść o życiu na ziemi niczyjej wplótł także i inne życie, to sprzed zagłady. Pokazał świat władzy w rosyjskim wydaniu. Klimatycznie, z wyczuciem i, co najważniejsze, z widoczną znajomością tematu. Czytając tę książkę miałam w pamięci inną, a mianowicie „Ewangelię według kata” autorstwa braci Wajnerów. Nie chcę ich tutaj porównywać, nie miałoby to większego sensu. Po prostu ten klimat, to sportretowanie świadomości narodowej. W tym coś musi być.

Na koniec chcę tylko zachęcić wszystkich do przeczytania „Ziemi niczyjej”. Ja już nie mogę się doczekać zapowiedzianego na końcu tomu drugiego.

Dodaj komentarz