Żona podróżnika w czasie – …i że będę czekać na Ciebie zawsze

Mężczyzna ma na imię Henry, kobieta – Clare. Jaka jest ich tajemnica? Wielka miłość i podróże w czasie. Niby brzmi jak coś przyjemnego, lecz żadne z nich tego nie lubi. On nie lubi zostawiać jej, ona z kolei nie lubi zostawać znów i znów sama. I już nie jest tak wspaniale, prawda? Lecz ta jego „przypadłość” pozwala tej parze poznać się na długo przed tym, kiedy spotkają się w teraźniejszości. Cóż, wszystko ma swoje plusy i minusy. Kiedy się poznają Clare jest dla Henry’ego jednocześnie małą dziewczynką i dojrzałą kobietą, jego żoną. Na początku to on wie o niej wszystko; zna ją już przecież od tak dawna. Później sytuacja się odwróci, kiedy w końcu odnajdą się w swojej wspólnej teraźniejszości. Wtedy to Clare będzie znała Henry’ego, a on ją dopiero będzie poznawał. I po jakimś czasie odkrywał czas spędzany z nią na Łące, który dla niej już dawno jest przeszłością. Nieco to skomplikowane.

A teraz wyobraźcie sobie Łąkę. Taką dość sporą polanę otoczoną drzewami, na której pewna mała dziewczyna lubi się bawić. Pewnego dnia znajduje tam kogoś. Obcego, który stoi przed nią całkowicie nagi. Daje mu więc ręcznik, który przyniosła ze sobą by rozłożyć na nim swoje przybory do malowania. To jest właśnie ich początek widziany oczami Clare. Dalej jest tylko ciągłe oczekiwanie na kolejne wizyty gościa, który staje się coraz bliższy jej sercu, zapisane na Liście. Te lata wydają się być wstępem do ich wspólnego życia, bo właśnie tak ma ono wyglądać: ciągłe nagłe zniknięcia i powroty. Oczekiwanie. Strach. W końcu jednak też radość – z tego, że znów są razem. Historia mężczyzny jej życia zaczyna się na wiele lat przed jej przyjściem na świat. Już w wieku kilku lat zaczął podróżować w czasie, bez żadnej kontroli nad tym, co się z nim dzieje. Często musi uciekać, ukrywać się, włamywać, kraść… Jedno co jest pewne to to, że podróżując nie może zabrać niczego ze sobą. Oraz to, że sytuacje stresowe wywołują w nim tę ekstremalną reakcję ciała. A ich wspólna historia? To opowieść o wielkiej miłości. Takiej, która łączy ludzi na zawsze. Każe im czekać właśnie na tę jedną jedyną osobę. Jednocześnie nie jest to miłość idealna, więc tym bardziej piękna, bo zakończenie „żyli długo i szczęśliwie” jest nie tylko nierealne, ale również w jakiś sposób bardzo mało romantyczne. Wracając jednak do ich historii dość będzie powiedzieć, że jest ona najzupełniej zwyczajna. Ma swoje wzloty i upadki, jednak trwa, bo oni wciąż się kochają, pomimo całego cierpienia, które ich spotyka. I to właśnie jest piękne.

Czytając romanse najczęściej myślimy sobie, że taka miłość w prawdziwym życiu się nie zdarza. Kiedy więc sięgnęłam po „Żonę podróżnika w czasie” robiłam to z nastawieniem, że to pewnie takie samo czytadło jak i wiele innych przed nim. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy otworzyłam tę książkę i znalazłam się w świecie, w którym zakochałam się dosłownie od pierwszej strony. Dlaczego? Ten świat, ta historia, miłość tych dwojga tak niezwykłych, a jednocześnie do bólu zwyczajnych ludzi jest po prostu prawdziwa. Wydaje mi się, że właśnie w tym tkwi cała tajemnica uroku tej książki. W jej niezwykłym realizmie. Bo ona jest właśnie taka: przedstawia prawdziwy związek, dwojga ludzi, którzy mogli by żyć w każdym innym miejscu na świecie. Są tacy jak my, jak każda inna para, która się kocha, kłóci, przechodzi trudne chwile. I chwała za to autorce, że tak, zdawałoby się, prozaiczną historię miłości zmieniła w lustro odbijające nas samych. Dzięki temu dosłownie możemy „wejść” w skórę bohaterów, współodczuwać z nimi. Czasem do tego stopnia, że ich emocje przekładają się na nasze. Ogólnie uważam, że to najbardziej niezwykła książka, po jaką zdarzyło mi się sięgnąć. Tak więc polecam ją, chyba każdemu kto tylko ma ochotę na zobaczenie, że magia istnieje także w prawdziwym życiu i miłość jak z bajki jest mocno przereklamowana.

Dodaj komentarz